Mariusz się nie zmienił. Jeśli chodzi o zrzędzenie to mu się nawet pogorszyło. Prawie całe dnie, jak tylko nie płyniemy spędzam w tej maleńkiej kuchni smażąc banany, gotując zupy na mleku kokosowym, piekę, podaję, nakładam, palników mi brakuje, piec nierówno grzeje. A później telerze poskładać, pozmywać, herbatę zapażyć. I tak to od śniadania, przez lunche, zupy, podwieczorki i aperitify gotuję się tu do kolacji.
A poza tym droga mleczna jest tu piękna, tęcza kilka razy dziennie i ananasy pyszne. Ale i tak najlepsza jest woda i kąpanie się bez ograniczeń. Najpiękniej wieczorem jak słońce zachodzi i można mu w oczy popatrzyć z najprawdziwszego horyzontu.
Acha i jeszcze sylwester najlepszy w całym życiu. Na plaży, na boso w orginalnym rasta stylu, z chmurą dymu jedynej słusznej tu rośliny;-)